sobota, 7 czerwca 2008

cierpliwością i pracą ludzie wiele tracą

Zagłuszam się muzyką, zagłuszam się telewizją, wysycham. Za mało czytam, nic nie zostaje, nic nie przyrasta. Kłębią mi się w głowie seksualne obsesje, natręctwa, idę pół drogi do domu zahipnotyzowany kołysaniem bioder modnej nastolatki. W Internecie przeglądam strony z gadżetami, elektroniką użytkową - to moje nowe pomysły na życie.

Moja praca polega na sprawdzaniu czy ludzie kupują pomysły reklamiarzy i marketingowców. Ja wkraczam tam, gdzie ładni panowie i inteligentne panie z aluminiowo-szklanych biur nie mają wstępu - do zielonogórskich blokowisk, do rozwalających się lanosów kombi, do podmiejskich, podchmielonych i wąsatych łbów. Muszę być tak miły i neutralny, żeby żyjąca w rytm przebojów disco osiemnastolatka chętnie wyjawiła mi swoje najskrytsze marzenia i lęki, żeby pozwoliła mi się sfotografować w swoim różowym szlafroku frote, spod którego wystają jej atletyczne i opalone nogi.

Przemierzam piękną Polskę, snuję wzrokiem po rozłożystych łąkach i polach, omiatam spojrzeniem coraz bardziej zadbane stodoły i obejścia. To tutaj leży pochowane prawdziwe życie. Moje elektroniczne zabawki nie zarejestrują tej woni, rdzy na porzuconych bronach, nowej farby na bunkrach GS-ów.

Siedzę w biurze, otoczony kartonami z alkoholem, otoczony pięknymi kobietami na piankowych tablicach. Opowiadają historie, jedne bardziej adekwatne drugie mniej. Chodzi o to, żeby uderzyć prosto w serce, obudzić pragnienie, soki trawienne, seksualny świąd pod skórą, przyspieszyć puls. Wzrok kieruje się za okno, wyczuwam drzewa w pobliskim parku, wyczuwam żółte słońce, rozlewa się po pokoju, dociera do mojego biurka. Czy jestem z siebie zadowolony?

wtorek, 8 kwietnia 2008

duch schodów i podkrążone oczy

Ja, większość moich przyjaciół, bliscy z mojej rodziny, jesteśmy skazani na męczące społeczne upośledzenie. Nie do końca się nas rozumie. Mówimy zbyt dużo, zbyt mało, zbyt niewyraźnie. Jeśli powiemy coś mądrego, ludzie to przegapiają, to jest jak tło. Gdy próbujemy się kontrolować, patrzymy rozmówcom w oczy, ale już za chwilę nasz wzrok odbiega gdzieś na bok, błądzi po suficie, zawiesza się na rogu własnych okularów, rozmazuje się.
Moja rozmowa z siostrą:
- Mam jeszcze ten problem, że przez stres nie jestem w stanie powiedzieć tego witty czegoś.
- Nie przejmuj się, od imigranckiej siły roboczej ze Wchodu nikt tego nie oczekuje.
- Ale ja jestem kurwa witty.

Moja nowa praca: maraton esprit d'escalier. Kilka pierwszych dni i kilka pierwszych rozmów - sporadyczne sukcesy, liczne niedomówienia, słowa uwięzłe gdzieś w gardle. Jestem niezaprzeczalnie mądrzejszy od przynajmniej kilku osób, z którymi będę się spotykał na co dzień, ale na razie muszę się z tym kryć. Wykonywać drobne, niespieszne, fizyczne prace, od których zapominam brzmienia języka. Będę je błogosławił już wkrótce, gdy zacznie się prawdziwy zapierdol.

Dostrzegam kilka pokrewnych dusz. Odczuwam do nich tę dziwną sympatię pomieszaną z resentymentem, jaką czują do siebie pacjenci grupowych terapii. To samo schorzenie, ta sama rozorana wrażliwość, słabość.

Przykład: marketingowiec po studiach kompozytorskich zaprasza w niedzielę na nagranie jego koncertu fortepianowego w radio. Co za triumf, co za porażka! Taka informacja odsłania parszywe bebechy rzeczywistości, każe nam powątpiewać w sens wszystkiego wokół, odkrywać we wszystkim żałość.
On też ma podkrążone oczy i mówi niewyraźnie, ma w sobie coś z autystyka.

Nie jest tak źle.

środa, 20 lutego 2008

erotyczne porachunki między mną a nocą

Czarne noce, noce pięknych uśmiechniętych kobiet. Za dnia wwiercają mi się w głowę rzeczy codzienne i mdłe, w nocy wwiercają mi się w głowę one. W miękkich ruchach i zbyt śmiałym błysku oczu zaprasza obietnica pocałunków w szyję, w dolną wargę, w nos i w prawą brew. Dziewczyny tajemnicze bo nowe, tak młode, studentki lat 21, studentki ukrainistyki, etnologii i innych nauk społecznych. Noc tak żywa, tak ciemna, tak wiele ma do zaoferowania mi, tak wiele ja oddaję jej. Jej bluzeczka turkusowa, czarny sweterek ciasno opina piersi, oczy czarne, takich jeszcze nie widziałem tak z bliska.

Z sufitu wystają rury metalowe, kolorowe światła, płyną w nich oddechy, ciepłe powietrze z rozgrzanych płuc, tańczymy bardziej blisko niż mogę, na dnie betonowej piwnicy.

Coś pada o wymianie numerów, ale mój telefon ma dawno wyładowaną baterię. Jej telefon jest poza zasięgiem. Mówię jej numer – zapamiętaj. I całuję ją w policzek na dobranoc.

Czarna noc, już jadę do domu. Mieszkam tak daleko, że równie dobrze mógłbym tu upaść i poczekać do jutra. Rozmawiam z pijanym kolegą. Zgubiłem go, ale już się znalazł, oparty o przystanek. Jego twarz rozpłaszczona przymarza do szyby, choć jest opatulony jak syberyjski skazaniec.
- Gdzie zniknąłeś?
- Ja zawsze tu jestem.
Ta i podobne rozmowy wyznaczają rytm i sens mojej nocy.

Pędzę autobusem nocnym, telepię się na schodkach, łamię sobie żebra o poręcz przy ostrym hamowaniu. Budzę się na krześle, przystanek przed czasem. Wysiadamy pod miastem. Idę noga za nogą. Kolega jeszcze wolniej. Coś mówimy do siebie, bełkoczemy przez zęby, mróz wykręca nam języki i wargi. Wódka wykręca nam nasze mroczne i zawzięte myśli.
Czuję, że moja kurtka nie wytrzymuje zimna. Czuję, że wiatr wnika pod rozchełstane poły, bluzę z kapturem i koszulkę z zespołem, wnika coraz głębiej.
Mówię do Maćka:
- Czy wiesz jak umarł Przerwa-Tetmajer?

niedziela, 27 stycznia 2008

c.v.

Święta klasa robotnicza, kaszląca i kichająca, pozdrawia się w autobusach uniesieniem kaszkietu i przeczesaniem włosów, mówi: - Cześć pracy.

Blondynki, pulchne i zdrowe, omotane w niebieskich chustach uśmiechają się niewyraźnie, płochliwie. Łapię ich pożądliwe spojrzenia przed odjazdem z przystanku.

Kurtki puchowe kobiet, ich wyliniałe futra, całe są jak z Desy.
Instalacje, rurki i kable przewożone w sekcji bagażowej pod pachą.
Podstarzałe damy jadą budować nowe, lepsze domy.

Kaszel, czuję go na ramieniu, czuję jak drobne, wijące się, kosmate zarazki płyną powiewami powietrza z cebulowych ust do moich nozdrzy.
Wstrzymuję oddech – nie na długo pomoże.
Cały przywieram do krzesła.

poniedziałek, 14 stycznia 2008

miasto zakopane, wino, krew, cyganie

Przejście Krupówkami jak w zatłoczonym autobusie w godzinach szczytu, z drzwi na jednym końcu, do drzwi na drugim. W obie strony suną tłumy w pstrokatych kurtkach, za dużych rękawicach, futrzanych czapach. Z karczm unosi się para, bucha dym o mięsnym zapachu. Słychać gwarę góralską i raz po raz negocjacje cen po rosyjsku.

W knajpie nad głową stoją mi dwie rodziny z małymi dziećmi. Przysadzisty ojciec rodziny w czerwonej kurtce z goretekstu puka mnie w ramię – Przepraszam, za ile państwo kończą?
- Piętnaście, dwadzieścia minut – odpowiadam zmieszany.
- Aha, dobrze.
I stoi mi dalej nad głową.

W innym miejscu siedzimy z J. na zawieszonych dookoła baru huśtawkach, przysłuchujemy się zaskakująco dowcipnym dyskusjom tubylców – pięćdziesięciolatków w swetrach, z wąsami, na oko właścicieli pensjonatów i karczm. J. bazgrze w moim zeszycie o zapachu czekolady (tym, w którym spisuję te słowa). Ja czytam jej moje zapiski, a ona słucha uważnie i poważnie. Potem jak zwykle mnie wyśmiewa.

Dużo później zauważam, że oprócz ćwiczenia swych zamaszystych podpisów przepisała mi bezimienne motto z tabliczki na ścianie za barem: „Ludzie mają w sobie tyle samo niepojętego lenistwa, ile szkodliwego ożywienia w nieodpowiednim czasie i miejscu”. Podpisała je własnym imieniem i nazwiskiem. Całość wykaligrafowana jej perfekcyjnym stylem skrupulatnej nastolatki.

Inny lokal, kawiarnia, barmanem jest Cygan – nie wiem sam skąd to wiem. Fama niesie, że Cyganowi można opowiedzieć swoje życie, a on będzie słuchał. Ma nienaturalnie duże oczy i poł-długie czarne włosy a’la wczesny Alec Baldwin. Patrzę mu w te oczy, a on patrzy na mnie tym samym beznamiętnym wzrokiem. Podchodzę do baru i żartuję zamawiając wino. On żartuje też – jest lotny w słowach. Nie bez znaczenia jest fakt, że ma śniadą cerę jak prawdziwy Cygan, choć jego etniczny rodowód pozostanie dla mnie zagadką. Zauważam, że ma ciemną plamę na koszuli na wysokości mostka – wygląda jak postrzał.

Kiedyś ojciec opowiadał mi, jak w czasach studenckich był na kempingu w polskich górach. Do wesołej studenckiej kompani pijącej przy ognisku przysiadło się dwóch górali – jak mówili, najlepszych przyjaciół. Kilka godzin później dwaj górale skłócili się tak, że żadne interwencje gospodarzy-studentów nie zdołały powstrzymać bijatyki. Podobno dwaj górale bili się tak długo i mocno, że widać było jak pobliskim strumieniem spływała krew.

Siedzę przy barze i czekam tym razem na kawę. Cygan preparuje ją w swojej aluminiowej maszynerii. Do baru podchodzi niewysoka blondynka, ubrana bardzo spokojnie, ale o miłej, żywej twarzy. Zauważyła, że się jej przyglądam (siedziałem jakieś 50 centymetrów od niej). Spojrzała mi w oczy – to było jak wyzwanie. Ja wytrzymałem jej wzrok. Nie przyzwyczajona, spuściła swój - była cała moja.

sobota, 12 stycznia 2008

chorowanie

Rozsmakowuję się w lenistwie.
Staram się zmieniać ubrania na dzień. Ale dzisiaj nie. Sunę w swoich góralskich kapciach po drewnianej podłodze i choć jest równa, potykam się o klepkę. Na sobie mam stary kolorowy polar, trochę fioletowy, trochę czerwony, trochę pomarańczowy. Mam nieświeży oddech i nieumyte włosy. Spod polara wystaje granatowa pidżama ojca – jedna z kilkudziesięciu, które dostał w ciągu życia na gwiazdkę.

Gęsty śluz chrobocze mi w gardle, odrywa się w bólu. Spluwam w umywalkę i patrzę w nią sekundę obojętnie, zanim odkręcę kran.

Odkryłem telewizję w Internecie – to niebezpieczny, złośliwy wynalazek, który ostatecznie przemieni nas w małpy – nie przerywają reklamy, cały czas oglądasz to, co chcesz oglądać. Spędziłem na tym już trzeci dzień. Obejrzałem Obywatela Kane’a i siedemnaście odcinków StarTreka Next Generation, który wywołuje we mnie melancholię za utraconym dzieciństwem i poczucie ogólnej ekscytacji.

Na początku dnia przypominam sobie listę spraw do załatwienia, zalegających od dawna. Przeglądam listę nieprzeczytanych mejli. Potem już tylko płynę, odlatuję do egzotycznych światów. Tam czas jest względny.

Gorączka nie odbiera zmysłów, ale rozpuszcza je, jak w gorącym kisielu. Wszystko dociera przez gęstą, lepką, ciepłą barierę. Dźwięki są przytłumione, tak samo jest ze smakiem, węchem, nawet dotykiem.
Snuję się po domu, rozdrażniony - jak ktoś, kto zgubił okulary i szuka kluczy, nieprzyzwyczajony do słabego wzroku.

poniedziałek, 31 grudnia 2007

ewangelia dni ostatnich

Dziś rano, gdy przeglądałem program TV moja matka powiedziała mi, ze śniło jej się tej nocy coś okropnego. Był późny wieczór i oglądała TV. Serwis wiadomości jako pierwszą informację podał: był wypadek polskiego autokaru. Jest wielu rannych, ale nikt nie zginął. Pokazali autokar w rowie, miejsce wypadku na mapie. Nagle uzmysłowiła sobie, że ja, jej syn, jechałem właśnie tym autokarem. Natychmiast pojechała do szpitala. Było w nim pełno ludzi, rozbieganych rodzin w paltach, futrach, czapkach, wypytujących się nawzajem o szczegóły wypadku. Wszyscy szeptali, mówili półsłówkami, znaczącymi minami, ale chwytała tylko strzępki rozmów. Nikt nie chciał porozmawiać z nią. Nie mogła zatrzymać na dłużej żadnego z lekarzy, pielęgniarki odpowiadały zdawkowo: – Informacja zostanie podana później.
Brnąc przez tłum szpitalnymi korytarzami trafiła wreszcie do dusznej poczekalni, gdzie kłębiło się najwięcej zdenerwowanych osób w cywilnych ubraniach. Zapanowało poruszenie. Do sali drzwiami z drugiej strony wszedł właśnie szpakowaty chirurg w białym kitlu i okularach w miedzianych oprawkach. W ręku miał długą listę nazwisk na sklejonych taśmą kartkach A4. Od razu zawiesił listę na ciemnej plastikowej szybie drzwi. Chciał wyjść w milczeniu, ale gdy spostrzegł wlepione w niego wyczekujące spojrzenia, powiedział poważnie i sztucznie: - Proszę się nie martwić. W ciężkim stanie jest tylko jeden mężczyzna. Jego nazwisko jest zakreślone na liście na niebiesko.
Gdy matka przecisnęła się do listy, zobaczyła to, co już właściwie wiedziała – to było moje nazwisko.

Siedziała nad moim łóżkiem i patrzyła jak ciężko oddycham. Leżałem na tym łóżku, nietypowo dla standardów szpitalnych, na brzuchu, z głową forsownie wygiętą w jej stronę. Właściwie nie było to łóżko, tylko rozkładane, metalowe nosze, leżałem na OIOM-ie. Miałem w ustach i w nosie grube, półprzezroczyste, plastikowe rury. Miałem kąciki ust we krwi i ślinie, przewracałem oczami, z wysiłkiem łapałem powietrze, jak karp, jakby dusząc się tymi rurami.
Zahipnotyzowana widokiem usłyszała ściszoną rozmowę, gdzieś zaraz za drzwiami: - Większość ma tylko lekkie obrażenia, wyjdą z tego. Ale ten z tego nie wyjdzie. Szanse są żadne.

Opowiadała mi to pospiesznie, barwnie, ze szczegółami, z emfazą. Ja patrzyłem zahipnotyzowany w program TV. Gdy obudziła się – mówi – była cała sztywna i nie mogła złapać powietrza.

Jak mam to rozumieć? Czy mam przygotować się na coś złego? Może powinienem unikać autokarów?

Być może nie bez znaczenia jest fakt, że dziś zaczyna się nowy rok.

sobota, 8 grudnia 2007

głód

Uczucie głodu jest podobne do uczucia przejedzenia (dziś lepiej znanego większości z nas). Czuje się je najpierw w przełyku, tak jakby jedzenie w nim utkwiło, ale jedzenia tam nie ma – czuje się jego brak. Szybko fizyczne doznanie w przełyku (gdzieś na złączeniu przełyku i żołądka) przeradza się w poczucie niepokoju. Rozglądasz się za czymś, ale nie wiesz za czym. To uczucie jest nowe, więc jeszcze nie zdajesz sobie sprawy, że to głód.

Zaczyna lekko boleć głowa. Uwieranie w żołądku zaczyna być bolesne, rozszerza się w głąb, wzwyż, prawie aż do gardła. Ból głowy czuć wyraźniej, ale nie z tyłu czy w skroniach jak zwykle – raczej głęboko w oczodołach. Uwiera skóra dookoła oczu. Połyka się więcej śliny, ale to niewiele pomaga. Myśli są mniej wyraźne. Soma atakuje psyche. Zaczyna się rozkojarzenie. W żołądku pojawiają się gazy trawienne. Coś zaczyna tam żyć, poruszać się, przemieszczać. Wiem, że są produktem trawienia, ale co jest właściwie trawione? Być może ślina, być może mój brak, moje pospieszne myśli, a może po prostu ścianki żołądka?

Nie mogę ich zebrać. Pojawiają się dreszcze, ale to chyba z przeziębienia. I nagle wszystko ustaje. Uwierania już nie ma, odpływam na inne wody. Czuję ból tylko w ręce – od samego pisania. Czuję jak pieką mnie powieki. Ale z żołądkiem wszystko w porządku. Głowa też jakby gdzieś wsiąkła.

wtorek, 28 sierpnia 2007

02:25

Oglądałem dziś filmy o przekraczaniu granic, docieraniu do tajemnic, odnajdywaniu najbardziej ukrytych sensów, a później brnięciu dalej. Są rzeczy niedostępne: życie na zawsze, latanie, samopoznanie, bycie matką. Bez wulgarnych środków zastępczych, mechanicznych utensyliów. Doprowadzam się do stanu, że nerwy mam napięte, jak ścięgna siłacza zaraz przed pęknięciem. Nabrzmiewają mi żyły na skroniach, żyły w oczach, czerwona siatka wypryskuje na oko. Czytam, aż do wypłakania oczu. Oczy potrafią wyschnąć, a wtedy poruszają się pod powiekami z bólem, każde mrugnięcie rysuje je jak papier ścierny. Zbliżam się do wiedzy, każde słowo dudni mi w czaszce, mit wraca do początku. Ja wracam. Wydaje mi się, że wszystkie najstarsze opowieści są o mnie. To mnie ukarano i przeklęto, to mnie kazano rodzić nieskończone dzieci, w bólu połogu, to ja muszę orać ziemię, bez nadziei na plon i odpoczynek.

W drewnianym domu w lesie (czuję jego żywiczne, nigdy nie dobite ściany), w miejscu, które wymawiam szeptem, też czuję to pulsowanie. Robię to, o czym są te wszystkie sztuki, filmy, książki, piosenki, i jest tak, jak obiecywali. Znowu czuję, że to wszystko ma jakiś ukryty sens, że nie zostałem oszukany.

Znowu w nocy, za biurkiem, nasłuchuję skowytu wiatru, jęków i nieprzyzwoitości sąsiadów. Wącham kurz z biurka, wciągam go w siebie, ścieżkami, jestem na pierwszorzędnym haju.

Czuję, jak drewno z biurka ożywa, jak zapuszcza korzenie, wbrew prawu. Czuję zapach soków, ściekają z drewnianych poręczy krzesła, wchodzą we mnie, oddycham świeżym tlenem. Drzewa, rośliny, oplatają mnie gąszczem, prześwituje przez nie zwyczajna noc, zwyczajny wiatr napiera na szyby, a ja czuję ten smak, trawiasty, drażniący. Żywiczna woń usypia mnie, zakleja mi oczy. Czuję jak pod tym dotykiem stają się znowu zdrowe.

poniedziałek, 20 sierpnia 2007

egzorcyzmuję szaleństwo przy pomocy słuchawek

Krok za krokiem, miedziana pomarańcz kałuż, latarnie ćmią się, jakby spalali w nich gaz, kałuże głębokie, strugi deszczu ciężkie, rozbełtują je, wylewają je z narowistych brzegów. Ja chrzanię to wszystko, mam ciężki parasol, ponoć znaleziony – jak fantazjuje J. – fetysz rodzinny małej, zasuszonej babci. Buty też mam ciężkie, nie straszne mi kałuże, tnę przez noc, stąpając jak gniewny młodzian, specjalnie wdeptuję w nie, one się rozpryskują jak morze. Na uszach ciężki blues, paranoiczny, złowieszczy, śpiewany przez opętanego, słyszę głos schizofrenika, bluźniercy. On słyszy potępieńcze chóry na dnie umęczonej głowy, wali orkiestra, cała w potylicy, a on idzie jak ja przez mrok. Asfalt czarny, tylko ten brudny połysk miedzi i deszcz i jazz i opętanie. Gładzę ręką żywopłoty, pozwalam się kłuć. Zaglądam do śmietników – bo zawsze chciałem spróbować. W jednym przełożyłem butelkę, odsunąłem gazetę, żeby zajrzeć głębiej. Rozgniatam w palcach mały twardy liść z żywopłotu, czuję swędzący, morski eter – zielony sok – pachnie jak niejadalny. Głos krzyczy, że się chowa, że przeszukałem wszystko co czytał i jestem prawie pewien, że usłyszałem „Sappho through to Auden”.

Dziś rano nie spodziewałem się deszczu. Wyprowadzałem psa (zrobię wszystko, by się oderwać od pracy) i słyszę z okien urywany śmiech, drażniący i głupi, jak wystrzały z pistoletu. Nasłuchuję dalej – nic (i nic nie będzie dalej). Nie świeci, ale też nie pada. Przygnębiająca, tępa, zasysająca wszystko cisza. Jakby podsumowuje mój nastrój.

Podsłuchuję też rozmowy w pociągach, w autobusach, w metrze. Kiedy mówisz swojemu chłopakowi coś pieprznego na ucho – ja słyszę to i zachowuję dla siebie. Kiedy próbujesz być z nią szczery – słyszę, jak jesteś nieporadny. Mam setki takich historii i mogę je opowiedzieć.

Są takie utwory muzyczne, sztuki teatralne, książki – które stanowią dla mnie dowód, że nie zwariowałem. Łatwo używamy tych słów: szaleństwo, schizofrenia, debil, wariat. Gdy jednak zastanowić się, co znaczą – blady strach pada na nasze prężne myśli. Szaleni są ci, którzy słuchają. Ci, który zachowują pewne rzeczy dla siebie, i potem te rzeczy ich męczą. Szaleni zwracają uwagę na kolory, zapachy, na światło. Rozdrażnieni, smutni, niepewni. Ich mózgi pulsują, zużywają za dużo tlenu, krwi, alkoholu, ścinają się przy każdej myśli jak białko. Potem przestają działać. Są tępe i lepkie, nieskładne jak gąbka. Zauważyłeś u siebie pierwsze z objawów? Szykuj się na flupentiksol, perazynę, prozac. Niedługo na pamięć będziesz znał/a nazwy wszystkich dropsów.

czwartek, 26 lipca 2007

poszukuj światła na końcu

Zatrważająco łatwo przestajemy być ludźmi, obrastamy żywym materiałem, włosami, paznokciami, nieludzko twardym naskórkiem, florą bakteryjną, psoriasis, scabies, anoplura, siphonaptera, co tylko sobie wymarzysz.
Jeszcze wcześniej przestajemy mówić, zapominamy spoglądać na zegarek, chodzimy i śpimy w tym samym T-shirt-cie, zaczyna pojawiać się ten zapach, którego nie czujesz, ale czują inni. Zauważasz go przypadkiem, gdy zostawisz koszulkę na dawno nieużywanej pralce. Wracasz później i czujesz, że ona pachnie.

Powiedzmy sobie szczerze – każdy z nas nieraz położył się spać nie myjąc zębów (ta żałosna inwestycja w przyszłość, mieszczański strach o jutro, które może nie nadejść).

Nie myślisz o pastowaniu butów, nie wychodzisz już nawet po gazetę. Dziś bardziej niż kiedykolwiek. Nie warto czytać prasy.
Zarastasz, również w swojej głowie, w środku. Uśmiechasz się do swoich myśli – już niedaleko od prowadzenia z nimi zażartych sporów, przeklinania ich, nazywania kurwami. Czujesz jak tyjesz, nie śpisz, jesz za dużo. Albo lepiej, po kilkunastu dniach chudniesz, zbyt rzadko wychodzisz do sklepu. Nie odbierasz tak często telefonów, nie dzwonisz. Czas płynie niezauważalnie, niespiesznie, nie narzucając się.
Coraz częściej zastanawiam się jak wyglądałbym z brodą.

Wszedłem po raz kolejny tam gdzie nie powinienem. Stacja Warszawa Śródmieście, ta mniejsza, uboższa, z dala od Centralnego. To nie było wczoraj... Dawniej, gdy nie był taki piękny. Architektura zielona, z brudu, nie z zieleni. Płyty betonowe, z taniego marmuru, drewniano-żelaźniane ławki noclegowe, kłębisko gołębi żyjących pod sufitem, płodzących tam dzieci, rozmazujących pod stopami fekalia i krew, całe apteki ćpuńskich strzykawek. Nie bałbyś się tam odlać na peronie, pod ścianę. Policji i tak tam nie ma. Świetlówki ćmią jak na filmie o morderstwach, wypełnione podobno rtęcią i luminoforem (nie wierzę, dla mnie świecą dziś śliną i kamieniem).

Spaceruję sobie beztrosko, wieczornie upojony, zaglądam we wszystkie zakamarki. Pociąg mi uciekł, następny za prędko nie przyjedzie, stoję sam. Zaczynam szukać wrażeń.

Zajrzałem w dziurę pierwszy raz ostrożnie, rozejrzałem się nawet za SOK-istami, za dzielnymi Policjantami, zmartwionymi babciami. Uczyniłem krok pierwszy i drugi. Nie raz schodziłem po tych małych schodkach, na końcu peronu, by przejść na drugi peron. Są małe szanse, że ktoś zobaczy. Schodzę schodkami na tory. Wchodzę do wielkiej czarnej dziury, z której wyjeżdżają pociągi.

Ciemno, ale da się coś zobaczyć. Metaliczna żółć, opiłki, rdza. Wszystko żółte, dodatkowo od lat naświetlania żółtymi lampami pociągów. Powietrze zatęchłe, wcale nie zimne – gorące, gęste, z gruźliczym powiewem, jak w szpitalu.
Jest tu dużo szerzej. Tory i wszędzie małe, czarne kamienie. Między torami w przeciwnych kierunkach nie ma przegrody, nie ma tuneli – idą jednym, wielkim, szerokim korytarzem. Widzę tajemnicze czarne słupy. Te które widać czasem z okien pociągów, te, na których stoi Warszawa. Przemierzam ten teren, jaskinię z filmów grozy. Idę wzdłuż brunatno-czarnych stalaktytów, korzeni miasta. Tu się wszystko zaczyna, w gorącej śliskiej czerni, która rodzi pociągi, kanalizację – wszystko, co pod spodem.

Oddaję mocz pod ścianę, oglądam się za siebie. Nie uszedłem daleko – teraz wrota tunelu są małe, srebrzystobiałe, na tle wielkiej czerni. Patrzę pod ścianę, którą przed chwilą zmoczyłem, widzę coś dziwnego. Butelki, konserwy, jakieś ubrania, ktoś tu był i to niedawno. Tu, pod ścianą, czymś w rodzaju olbrzymiego kwadratowego słupa (po środku korytarza), jest mniej kamieni, widać trochę szarego piasku. Na piasku zauważam ślad. Nie stopy – raczej jakby ktoś ciągnął ciało. Obchodzę słup, ściana ma ze 4 metry, znowu stąpam po torach. Zaczynam się bać pociągu. Nasłuchuję trzasków. Serce bije mi szybciej, szumi odbijający się echem oddech.
Zatrzymuję się, znów nasłuchuję. Potykam się o belkę, wreszcie obchodzę słup dookoła. Tu śladów zamieszkania jest więcej – niedopita butelka wody, papier toaletowy, sterta żółtych gazet. Są też małe czarne schodki, z betonową karlą balustradką. Wspinają się około metr na ścianę słupa. Wchodzę kawałek, na ścianie małe metalowe drzwi, całe w rdzawym szlamie. Zbyt małe dla człowieka. Nadawałyby się dla dziecka, ale mają zwykłą klamkę. Naciskam, nie jest zardzewiała. I nagle słyszę oddech. Nie mój – zza klapy. Ciężkie sapnięcie, jakby spod ziemi, jakby z raka krtani. Uskakuję jak oparzony. Potykam się o własne stopy. Czuję jak pompują mi krew żyły, panicznie, do mojej pustej czaszki. Zbiegam ze schodów.

Kątem oka zauważam: gazety na podłodze są pokreślone niebieskim flamastrem, obok leżą dwie małe książki oprawione w czarną skórę.

Wybiegam na tory, mijam słup i biegnę prosto do srebrzystego światła. Jestem na torach, są rdzawo-czarne. Pulsuje głośno krew w uszach, w szyi. Czuję zimny, rybi zapach stali. Coś syczy, świszczy. Tory jaśnieją. Teraz słyszę wyraźnie. Złowieszczy, ogłuszający, metaliczny zgrzyt.

środa, 11 lipca 2007

natchnienie z kota

Dziś wymyśliłem nowe fajne powiedzenie: „niezła zdziwka”.
Biały kot – widmo – nie wyszedł na zdjęciu. Może to duch tamtego (ale o tym zaraz). Samo ziarno.

Promowałem moją małą wstrętną działalność sabotując ulotki o kursach szybkiego czytania w SKM-ce w Gdańsku.
Uciekaj! Spal wszystkie książki! – pisałem. Uchroni Cię to od bolesnego doświadczenia z nimi obcowania. Zaoszczędzisz czas. Na tv, na sex, na radio.
Na niektórych dorzucałem cytat z Allena: „Przeczytałem Wojnę i Pokój w 30 minut. To było o Rosji”. Geniusz punchline'u.

Co tam pora deszczowa – niech szumi nam w głowie letnie wino! – mówi mi prezenter z radio. Pojechałem nad morze – było zimno i lało. Jemu przynajmniej płacą za ten entuzjazm, nad ranem, jak po lewatywie z kawy.

Teraz o kocie: kot był biały, trochę szary, poruszał się szybko, czmychał, pędził, zaskakująco zwinnie. Widziałem go w moim mieście pod miastem. Wracałem piechotą kawałek, jak z autobusu nocnego, choć (nie wiem czemu) było całkiem rano. Kot wbiegł prosto pod koło – czerwonego Punto, Civic-a, czy innego gówna – marki nie zapamiętałem. Widziałem jak wóz się zbliża, jak na filmach, sunie zaskakująco wolno, szumi, jęczy, wyje, po asfalcie - jak kosmiczny statek. Kot wyrywa jak strzała, ja już wiem co będzie. Koło uderza. Stłumiony hałas. Jak na wyboju – słyszę w głowie i widzę w głowie wybój. Samochód zwolnił. Kierowca myśli. Bez zatrzymania pojechał dalej.

Niesamowite. Stoję i patrzę na kota. Wszystko stało się może dwa metry ode mnie – właśnie miałem przechodzić przez ulicę, stałem już na krawężniku. Podchodzę do kota. Nie rozmazany, jeszcze żyje. Łapię go za futro na karku i szybkim ruchem przeciągam na chodnik po drugiej stronie. W ostatniej chwili – jechały następne wozy, zaraz z kota byłoby masło. Nie jestem wielbicielem zwierząt. Nie rozumiem miłośników kotów – są mniej do nas podobne, niż na przykład głupie, masturbujące się na myśl o czyjejś nodze psy. Tyle życiowych mądrości. Stoję nad kotem i patrzę jak umiera.

Nie mam samochodu. Weterynarz jest 3 kilometry dalej, ale o tej porze nikogo nie znajdę. Kot nie rozlał się po asfalcie, ale w środku cały pogruchotany – nie ma przebacz. Patrzę na sierść – białą może szarą – coś tam, w nim, jeszcze się rusza. Łapy rozrzucone nienaturalnie, pamiętam, że łapy były białe. Oczy – szparki, nie zaciśnięte, nie zmarszczone – półprzymnknięte; pod spodem coraz bardziej szare. Otwiera powoli pysk, jak maszynka, bez westchnięcia, bez gwałtu. Stoję tak jeszcze chwilę, nie wiem co zrobić. Od środka uwiera mnie sumienie – mogę tylko z nim pobyć, popatrzeć. Lepiej było go tam zostawić, oszczędziłbym mu 15-tu sekund oszołomienia, zagadki. Patrzę. Coś ulatuje. Ale jeszcze nie zwiało. Widzę (sam nie wiem jak) jak stygnie. To ciepło – dusza niższych ssaków – paruje, unosi się na mnie. Podnoszę się. Odchodzę w swoją stronę.

***
PS: Jeśli znalazłeś ulotkę – napisz!

piątek, 6 lipca 2007

piwo płaci za mnie

Tekst w autobusie: Małgocha! Pokaż loka!
Albo czemu w zapchanej kolejce ktoś zawsze, ale to zawsze wpadnie na pomysł żeby krzyknąć: „Bileciki do kontroli!”?
Po kostki w błocie. Brązowa glinka na butach i spodniach. Ziemia jest nierówna, niepewna pod stopami, przelewa się - trzyma ją tylko trawa.

Śmieję się, popłakałem się ze śmiechu z własnego pijackiego dowcipu, w pociągu, nad ranem. Wybiegałem wstydząc się, krztusząc się rechotem i łzami, narzuciwszy na głowę kaptur.
„Wejdziemy na wesele o 4tej i powiemy: jesteśmy prosto z Archanielska i mamy kartę repatrianta. Chcemy tu zamieszkać i czy możemy dostać kubek ciepłego smalcu ze skwarkami, bo mówili, że tu taki dostatek.”

Na koncertach chodzę sam, wyłączam się w nudnych momentach, patrzę w niebo na czerwone, białe, niebieskie światła, drepczę w błocie (but się zasysa, zostaje), słyszę tylko hałas i myślę zamiast o koncercie, o I-szej Wojnie Światowej, o jej potwornych okopach, szturmach, drutach kolczastych. Podobno nie wychodzili z jam nawet 2 tygodnie.

wtorek, 26 czerwca 2007

dorastanie około północy, gruntowna zmiana zdania nad ranem

Niepewni siebie, niedożywieni, aspołeczni. Lepsze ciuchy, ze smakiem, ale rzadko się odzywają. Kręcą się z niepewnym wzrokiem, lekko niedomknięte usta, trochę przytępieni, trochę zamyśleni. Przyglądają się autystycznie, każdy zadbał o żółte trampki, bluzeczki w kropki, wąskie spodnie, ale cała poza na nic – nikt się nie rozgląda. Nikt nie patrzy na nogi i piersi, nikt nie patrzy w oczy.
Choć znów oddychają rock&rollem, mało piją, mało palą. Jeżeli chodzi o seks, przejmujące, jak wydają się aseptyczni, niedotykalscy.
Mam wrażenie, że to pokolenie nie rucha się ciągle po kątach – mówi teściowa.
Za naszych czasów było inaczej – dodaje dziadek.
Jest dojmująco trzeźwe, zadbane.
Młody, chudy chłopiec, odrzuca grzywkę z czoła, przynajmniej pali. Kolega robi mu zdjęcie – z pewnością czarno-białe. On robi minę Brando, pręży się jak dziewczyna, ściąga brwi jak amant. Spoglądam w tę stronę, patrzę mu w oczy, on spuszcza wzrok.
Zero woli walki.

Patrzę się na bar, patrzę na parkiet.
Kręcą mnie nastolatki w kraciastych bucikach, wąskich spodniach, tunikach, wielkich okularach, białych słuchawkach, leginsach, czapkach. Wszystkie wyglądają jak Audrey po wyjściu od współczesnego fryzjera. Mają znów oczy jak Nico, co po prostu uwielbiam. Ruszają się powoli, próbują podrygiwać, gdy gra muzyka. Czują się świetnie w tych nastoletnich ciałach. Pali mnie chęć by pokazać im wszystko – wszystko czego jeszcze nie znają.
Nie wiem tylko, czy mamy o czym ze sobą rozmawiać.

Przyglądam się sobie – teraz będzie gorzej. Słucham tej samej muzyki. Wiem coś o sztuce, czytałem milion książek. Też miałem tyle lat co one. Uczyłem się w zupełnie innej szkole, nie miałem traumy gimnazjum, ale też zwijałem się w kłębek, płakałem. Też rozglądałem się mętnym wzrokiem, bałem się, pozowałem.

Zaczyna się koncert. Dopijam piwo, wstaję. Wokalista kapeli, gorącej jak mało, mówi do nas z dziwnym akcentem: It’s my first time in Poland. But my father comes from Nasielsk.

Jadę samochodem, gadam jak pijany (i jestem pijany). Naprzykrzam się, jadę upić się bardziej.

Zatrzymuję się tam gdzie zawsze. Nie patrzę na zegarek i nagle jest 4 rano.
Na podwórku między knajpami gra muzyka, świecą baraki. Ktoś wystawił grilla, gadają wkoło Francuzi, Hiszpanie. Nie mam zamiaru spoważnieć. Tańczę.

czwartek, 21 czerwca 2007

czytanie latem

Upał. Autobusy toną w asfalcie, ludzie guzdrzą się jak muchy, jak leniwe legwany, umierają. Sną jak ryby, odwracają się białymi brzuchami. Gnije skóra, wszędzie, bulgocze guma w trampkach. Słonawy zapach wbija się przemocą w nozdrza. Toniemy w lepkim śluzie. Baby w ceratowatych koszulach, wąsaci jegomoście klepią się po brzuchach, złote wisiory dyndają na obnażonych torsach.
Kurczą się oskrzela. Wolę zamarzać niż się dusić. Duszenie to najgorsza śmierć, prawdopodobnie.
Skaj w autobusie przyrasta mi do pleców, przykleja się na sztywno, wszyscy jesteśmy do wyżęcia, podmiejskie szmaty.
Wszyscy są wściekli, wysiadają, przepychają się łokciami, z czerwonymi białkami, z plamami na koszulach. Refleksja meteo jeszcze raz: ten kraj stworzony jest do zimy.

Scena numer 2: Biblioteka. Trzask! Podnoszę wzrok znad książki – chudy okularnik przydzwonił twarzą w przeszkloną ścianę. Nie zauważył, że tam była – na oczach pełnej sali, czterdziestu kilku podniesionych brwi.
Debil, nie debil - miłosiernie przypisuję ten show upałowi.

Coraz mniej sam widzę: na osiedlu, pod miastem, pewnie nie lubią mnie już sąsiedzi. Kiedyś przezornie mówiłem cześć wszystkim. Dziś, równie uczciwie – wszystkich olewam.

Czytanie zabija – wpierw wiesz coraz więcej, zdobywasz kolejne stopnie wtajemniczenia, jaki nie jesteś przydatny i zsocjalizowany. Potem coś się zmienia: zauważasz, że wiesz już za dużo, nie jesteś w stanie normalnie funkcjonować. Koleżanka ze studiów opowiedziała mi taką historię: - Byłam na rekrutacji w H&M (sprzedawca ciuchów). Kazali bawić mi się w grupie piłką, robić piramidę z ludzi, udawać stosunek z klientem. Stanęłam z boku i patrzyłam na to wszystko, jakie to kretyńskie – włączył mi się socjolog.
Nie muszę dodawać, że pracy nie dostała.
Pracownik nie ma myśleć tylko zapierdalać. Pracownik zbyt rozwinięty jest niebezpieczny.

W nocy – znowu pada deszcz. Jestem ocalony.

A jak Ty myślisz?

poniedziałek, 4 czerwca 2007

605 party

Niezdrowo fascynują mnie mosty.
Ostatni raz na moście: podczas koncertu, żołądkowa z ice-tea (obrzydliwość), rzęsisty deszcz. Pod spodem Wisła, wzburzona jak morze, niemalże widzę na niej fale, ale przecież to niemożliwe. – To żeby policja nie zgarnęła, żeby smakowało lepiej – tłumaczy się kolega. Ramiona mostu, szklista pajęczyna, prężą się ponad głowami. Oświetlone tworzą tło – prawdziwy dramat - dla pijanej twarzy Maćka.
Patrzymy na wodę, czarną, z czarną pianą. Wszystkie lampy miasta skierowali na nas.

I biegniemy z powrotem. Koncert już grają.

Jest późno, wszystko skończone. Wracamy nocnym, doszczętnie pijani.
Autobusy kołyszą nas do snu, nie kontrolujemy plecaków, jesteśmy królami.

Bijatyki pod miastem, Legia dała dupy, płoną ogniska w podmiejskich pociągach, znowu wojna. Biegamy kuloodporni. Grzecznie wychodzimy z największych jatek. Za ręce nas prowadzą nocni stróże, przeczuwają chyba w nas natchnienie.

niedziela, 3 czerwca 2007

najtańsze hobby świata

Siedzę w bibliotece, ale dziś więcej robię przerw niż czytam.
Pani od kawy nie rozumie, że nie rozumiem tych wszystkich wymyślnych nazw.
Człowiek przy barze mówi: pierdolę.
Piję kawę, espresso jak rzadko, czytam bazgroły na słupie koło stolika, bazgroły w pięciu językach.
Przy barze Hiszpanki plotą głośno o los Polacos. Przy stoliku obok mądrzy się cwaniak w niebieskiej bluzie, mówi – pytania na egzaminie prokuratorskim są pice’a’cake.

Patrzę na tę zwykłą scenę i myślę sobie: niemożliwe.

Opowiem dziś o tych momentach: wypada się z rutyny i zaczyna dryfować. Chodzę wtedy po mieście, wchodzę w najdziwniejsze podwórka. Poznaję najdziwniejszych ludzi, których na co dzień tam nie ma. Przechodzę koło dworca, spotykam brodatego mędrca. Zaprzyjaźnimy się w końcu – czuję to pod skórą.

Podziemia w Centrum, zapiera dech w piersiach zapach ludzi, zapiekanek, pomyj, kababów, potu, płynu do dezynfekcji, mokrego betonu, rdzewiejącej stali. Wciągam to wszystko w siebie, jak ten gość na filmie, wchłaniam jak ciepłą herbatę.

W moich momentach, obserwuję lepiej. Jego broda była dziś przystrzyżona, złapał, być może, kilka kilogramów. Patrzę na tyłek blondynki-nastolatki i mojego kumpla in spe już nie ma.

Wybiegam, biegnę, pędzę. Uderzam w panią w fioletowej sukience, odbijam się od łysego gościa w skórze. Szukam, przechodzę między straganami z filmami, wpadam znowu pod ziemię. Płyną ludzie korytarzami, rozłażą się po mieście. Boli mnie kostka, boli kolano, wszystko mnie boli, dokąd tak biegłem?

środa, 30 maja 2007

totem timeline

Wczoraj pod Tesco. A może i dziś to było. Jak te palanty upijamy się złym piwem, pierdolimy głupoty, takie, że nawet w serialu młodzież tak nie udaje. Jest źle. Dobrze mi tak. Dobrze się czuję podlegając wpływom swych przyzwyczajeń, rodem z rockowych teledysków, z polskich seriali, tych kryminalnych.

Palanty śmieją się. Ostanio ścigali się do kościoła i z powrotem nago. Parę dni później jeszcze dalej, do kolegi innego, o 4 nad ranem. Obudzić go chcieli, by wstał na egzamin, obudzić, mimo że ma chorego tatę.

Jak zwykle policja ich nie złapała. Obiecałem, że następny raz też biegnę. I, jak powiedziałem – zrobię.

Pod Tesco, pod olbrzymim plakatem, na którym jako żywo stoi „Alko“. Obok drugiego totemu – jeszcze większego. Gadaliśmy, choć właściwie byliśmy sami. Jeden kolega (za wcześnie na imiona) znalazł się po godzinie szukania. Łysy był, w sportowym ubraniu, zupełnie inaczej niż wczoraj. Nakrzyczałem na jego brata (przez kolegi telefon), brata, o tym samym głosie.

Na koniec wracam, jem obiadokolację, wszyscy tak wracamy. Zasuwam kotary – te, co do których twierdzę, że mi niepotrzebne. Tym razem olewam budzik. Dobranoc kochani. Jak zwykle, jest siódma nad ranem.

wtorek, 29 maja 2007

dzień

On pyta mnie. Ja pytam jego. Patrzymy na siebie i spijamy szczerość z naszych ust. Z oczu. Częstuje mnie winem. Wino smakuje jak Chateauneuf du Pape, jak nie wiadomo co. Pijemy, patrzymy przed siebie, na ludzi. Patrzymy gdzieś tam. Jest pięknie.

On podaje swoje imię. Ja mówię mu moje.

Siedzimy tak cały wieczór. Nie przeszkadza mi, że jest ubrany inaczej. Odnajduję w nim wspaniałego człowieka - osobowość jaśniejącą jak gwiazdę. Od dziś będę patrzeć tak na każdego

Co za piękny dzień, powiedz sam, Janek, Zbyszek, czy jak Ci tam na imię, szmato. Coś jest nie tak. Być może spotkamy się jednak, w następny, obsesyjnie piękny, sen.

poniedziałek, 28 maja 2007

deszcze niespokojne

Dziś znalazłem w Internecie zdjęcie Warszawy, pięknej jak Gotham, jak Big Apple, jak miasto grzechów. Odpowiednia optyka i robi się dramatycznie, robi się ciekawie. Szare kamienice, czarne niebo krąży, sępy, chmury walą mi się na głowę. Czemu muszę dźwigać ten ciężar, czemu to na mnie ciąży? Szukam, jak my wszyscy, dramatu. Szukam wielkich sensów, wielkich uogólnień. Czego metaforą jest miasto?

Na zdjęciu spod chmur wystają drzewa żółte i pomarańczowe – jesień znaczy. U mnie dopiero lato, ale jak wszyscy współobywatele, wypatruję już deszczy. Moja biała cera jest stworzona do chmur. Jest spłodzona by wsiąkać deszcz, zorientowana na chmury. Nastawiam cerę w górę – tekstura chmury już nabiera kształtu. Słońce nagle przepada, wszystko ciemnieje, ja też ciemnieję, naprawdę wszystko.

Pada.