poniedziałek, 31 grudnia 2007
ewangelia dni ostatnich
Dziś rano, gdy przeglądałem program TV moja matka powiedziała mi, ze śniło jej się tej nocy coś okropnego. Był późny wieczór i oglądała TV. Serwis wiadomości jako pierwszą informację podał: był wypadek polskiego autokaru. Jest wielu rannych, ale nikt nie zginął. Pokazali autokar w rowie, miejsce wypadku na mapie. Nagle uzmysłowiła sobie, że ja, jej syn, jechałem właśnie tym autokarem. Natychmiast pojechała do szpitala. Było w nim pełno ludzi, rozbieganych rodzin w paltach, futrach, czapkach, wypytujących się nawzajem o szczegóły wypadku. Wszyscy szeptali, mówili półsłówkami, znaczącymi minami, ale chwytała tylko strzępki rozmów. Nikt nie chciał porozmawiać z nią. Nie mogła zatrzymać na dłużej żadnego z lekarzy, pielęgniarki odpowiadały zdawkowo: – Informacja zostanie podana później.
Brnąc przez tłum szpitalnymi korytarzami trafiła wreszcie do dusznej poczekalni, gdzie kłębiło się najwięcej zdenerwowanych osób w cywilnych ubraniach. Zapanowało poruszenie. Do sali drzwiami z drugiej strony wszedł właśnie szpakowaty chirurg w białym kitlu i okularach w miedzianych oprawkach. W ręku miał długą listę nazwisk na sklejonych taśmą kartkach A4. Od razu zawiesił listę na ciemnej plastikowej szybie drzwi. Chciał wyjść w milczeniu, ale gdy spostrzegł wlepione w niego wyczekujące spojrzenia, powiedział poważnie i sztucznie: - Proszę się nie martwić. W ciężkim stanie jest tylko jeden mężczyzna. Jego nazwisko jest zakreślone na liście na niebiesko.
Gdy matka przecisnęła się do listy, zobaczyła to, co już właściwie wiedziała – to było moje nazwisko.
Siedziała nad moim łóżkiem i patrzyła jak ciężko oddycham. Leżałem na tym łóżku, nietypowo dla standardów szpitalnych, na brzuchu, z głową forsownie wygiętą w jej stronę. Właściwie nie było to łóżko, tylko rozkładane, metalowe nosze, leżałem na OIOM-ie. Miałem w ustach i w nosie grube, półprzezroczyste, plastikowe rury. Miałem kąciki ust we krwi i ślinie, przewracałem oczami, z wysiłkiem łapałem powietrze, jak karp, jakby dusząc się tymi rurami.
Zahipnotyzowana widokiem usłyszała ściszoną rozmowę, gdzieś zaraz za drzwiami: - Większość ma tylko lekkie obrażenia, wyjdą z tego. Ale ten z tego nie wyjdzie. Szanse są żadne.
Opowiadała mi to pospiesznie, barwnie, ze szczegółami, z emfazą. Ja patrzyłem zahipnotyzowany w program TV. Gdy obudziła się – mówi – była cała sztywna i nie mogła złapać powietrza.
Jak mam to rozumieć? Czy mam przygotować się na coś złego? Może powinienem unikać autokarów?
Być może nie bez znaczenia jest fakt, że dziś zaczyna się nowy rok.
Brnąc przez tłum szpitalnymi korytarzami trafiła wreszcie do dusznej poczekalni, gdzie kłębiło się najwięcej zdenerwowanych osób w cywilnych ubraniach. Zapanowało poruszenie. Do sali drzwiami z drugiej strony wszedł właśnie szpakowaty chirurg w białym kitlu i okularach w miedzianych oprawkach. W ręku miał długą listę nazwisk na sklejonych taśmą kartkach A4. Od razu zawiesił listę na ciemnej plastikowej szybie drzwi. Chciał wyjść w milczeniu, ale gdy spostrzegł wlepione w niego wyczekujące spojrzenia, powiedział poważnie i sztucznie: - Proszę się nie martwić. W ciężkim stanie jest tylko jeden mężczyzna. Jego nazwisko jest zakreślone na liście na niebiesko.
Gdy matka przecisnęła się do listy, zobaczyła to, co już właściwie wiedziała – to było moje nazwisko.
Siedziała nad moim łóżkiem i patrzyła jak ciężko oddycham. Leżałem na tym łóżku, nietypowo dla standardów szpitalnych, na brzuchu, z głową forsownie wygiętą w jej stronę. Właściwie nie było to łóżko, tylko rozkładane, metalowe nosze, leżałem na OIOM-ie. Miałem w ustach i w nosie grube, półprzezroczyste, plastikowe rury. Miałem kąciki ust we krwi i ślinie, przewracałem oczami, z wysiłkiem łapałem powietrze, jak karp, jakby dusząc się tymi rurami.
Zahipnotyzowana widokiem usłyszała ściszoną rozmowę, gdzieś zaraz za drzwiami: - Większość ma tylko lekkie obrażenia, wyjdą z tego. Ale ten z tego nie wyjdzie. Szanse są żadne.
Opowiadała mi to pospiesznie, barwnie, ze szczegółami, z emfazą. Ja patrzyłem zahipnotyzowany w program TV. Gdy obudziła się – mówi – była cała sztywna i nie mogła złapać powietrza.
Jak mam to rozumieć? Czy mam przygotować się na coś złego? Może powinienem unikać autokarów?
Być może nie bez znaczenia jest fakt, że dziś zaczyna się nowy rok.
sobota, 8 grudnia 2007
głód
Uczucie głodu jest podobne do uczucia przejedzenia (dziś lepiej znanego większości z nas). Czuje się je najpierw w przełyku, tak jakby jedzenie w nim utkwiło, ale jedzenia tam nie ma – czuje się jego brak. Szybko fizyczne doznanie w przełyku (gdzieś na złączeniu przełyku i żołądka) przeradza się w poczucie niepokoju. Rozglądasz się za czymś, ale nie wiesz za czym. To uczucie jest nowe, więc jeszcze nie zdajesz sobie sprawy, że to głód.
Zaczyna lekko boleć głowa. Uwieranie w żołądku zaczyna być bolesne, rozszerza się w głąb, wzwyż, prawie aż do gardła. Ból głowy czuć wyraźniej, ale nie z tyłu czy w skroniach jak zwykle – raczej głęboko w oczodołach. Uwiera skóra dookoła oczu. Połyka się więcej śliny, ale to niewiele pomaga. Myśli są mniej wyraźne. Soma atakuje psyche. Zaczyna się rozkojarzenie. W żołądku pojawiają się gazy trawienne. Coś zaczyna tam żyć, poruszać się, przemieszczać. Wiem, że są produktem trawienia, ale co jest właściwie trawione? Być może ślina, być może mój brak, moje pospieszne myśli, a może po prostu ścianki żołądka?
Nie mogę ich zebrać. Pojawiają się dreszcze, ale to chyba z przeziębienia. I nagle wszystko ustaje. Uwierania już nie ma, odpływam na inne wody. Czuję ból tylko w ręce – od samego pisania. Czuję jak pieką mnie powieki. Ale z żołądkiem wszystko w porządku. Głowa też jakby gdzieś wsiąkła.
Zaczyna lekko boleć głowa. Uwieranie w żołądku zaczyna być bolesne, rozszerza się w głąb, wzwyż, prawie aż do gardła. Ból głowy czuć wyraźniej, ale nie z tyłu czy w skroniach jak zwykle – raczej głęboko w oczodołach. Uwiera skóra dookoła oczu. Połyka się więcej śliny, ale to niewiele pomaga. Myśli są mniej wyraźne. Soma atakuje psyche. Zaczyna się rozkojarzenie. W żołądku pojawiają się gazy trawienne. Coś zaczyna tam żyć, poruszać się, przemieszczać. Wiem, że są produktem trawienia, ale co jest właściwie trawione? Być może ślina, być może mój brak, moje pospieszne myśli, a może po prostu ścianki żołądka?
Nie mogę ich zebrać. Pojawiają się dreszcze, ale to chyba z przeziębienia. I nagle wszystko ustaje. Uwierania już nie ma, odpływam na inne wody. Czuję ból tylko w ręce – od samego pisania. Czuję jak pieką mnie powieki. Ale z żołądkiem wszystko w porządku. Głowa też jakby gdzieś wsiąkła.
wtorek, 28 sierpnia 2007
02:25
Oglądałem dziś filmy o przekraczaniu granic, docieraniu do tajemnic, odnajdywaniu najbardziej ukrytych sensów, a później brnięciu dalej. Są rzeczy niedostępne: życie na zawsze, latanie, samopoznanie, bycie matką. Bez wulgarnych środków zastępczych, mechanicznych utensyliów. Doprowadzam się do stanu, że nerwy mam napięte, jak ścięgna siłacza zaraz przed pęknięciem. Nabrzmiewają mi żyły na skroniach, żyły w oczach, czerwona siatka wypryskuje na oko. Czytam, aż do wypłakania oczu. Oczy potrafią wyschnąć, a wtedy poruszają się pod powiekami z bólem, każde mrugnięcie rysuje je jak papier ścierny. Zbliżam się do wiedzy, każde słowo dudni mi w czaszce, mit wraca do początku. Ja wracam. Wydaje mi się, że wszystkie najstarsze opowieści są o mnie. To mnie ukarano i przeklęto, to mnie kazano rodzić nieskończone dzieci, w bólu połogu, to ja muszę orać ziemię, bez nadziei na plon i odpoczynek.
W drewnianym domu w lesie (czuję jego żywiczne, nigdy nie dobite ściany), w miejscu, które wymawiam szeptem, też czuję to pulsowanie. Robię to, o czym są te wszystkie sztuki, filmy, książki, piosenki, i jest tak, jak obiecywali. Znowu czuję, że to wszystko ma jakiś ukryty sens, że nie zostałem oszukany.
Znowu w nocy, za biurkiem, nasłuchuję skowytu wiatru, jęków i nieprzyzwoitości sąsiadów. Wącham kurz z biurka, wciągam go w siebie, ścieżkami, jestem na pierwszorzędnym haju.
Czuję, jak drewno z biurka ożywa, jak zapuszcza korzenie, wbrew prawu. Czuję zapach soków, ściekają z drewnianych poręczy krzesła, wchodzą we mnie, oddycham świeżym tlenem. Drzewa, rośliny, oplatają mnie gąszczem, prześwituje przez nie zwyczajna noc, zwyczajny wiatr napiera na szyby, a ja czuję ten smak, trawiasty, drażniący. Żywiczna woń usypia mnie, zakleja mi oczy. Czuję jak pod tym dotykiem stają się znowu zdrowe.
W drewnianym domu w lesie (czuję jego żywiczne, nigdy nie dobite ściany), w miejscu, które wymawiam szeptem, też czuję to pulsowanie. Robię to, o czym są te wszystkie sztuki, filmy, książki, piosenki, i jest tak, jak obiecywali. Znowu czuję, że to wszystko ma jakiś ukryty sens, że nie zostałem oszukany.
Znowu w nocy, za biurkiem, nasłuchuję skowytu wiatru, jęków i nieprzyzwoitości sąsiadów. Wącham kurz z biurka, wciągam go w siebie, ścieżkami, jestem na pierwszorzędnym haju.
Czuję, jak drewno z biurka ożywa, jak zapuszcza korzenie, wbrew prawu. Czuję zapach soków, ściekają z drewnianych poręczy krzesła, wchodzą we mnie, oddycham świeżym tlenem. Drzewa, rośliny, oplatają mnie gąszczem, prześwituje przez nie zwyczajna noc, zwyczajny wiatr napiera na szyby, a ja czuję ten smak, trawiasty, drażniący. Żywiczna woń usypia mnie, zakleja mi oczy. Czuję jak pod tym dotykiem stają się znowu zdrowe.
poniedziałek, 20 sierpnia 2007
egzorcyzmuję szaleństwo przy pomocy słuchawek
Krok za krokiem, miedziana pomarańcz kałuż, latarnie ćmią się, jakby spalali w nich gaz, kałuże głębokie, strugi deszczu ciężkie, rozbełtują je, wylewają je z narowistych brzegów. Ja chrzanię to wszystko, mam ciężki parasol, ponoć znaleziony – jak fantazjuje J. – fetysz rodzinny małej, zasuszonej babci. Buty też mam ciężkie, nie straszne mi kałuże, tnę przez noc, stąpając jak gniewny młodzian, specjalnie wdeptuję w nie, one się rozpryskują jak morze. Na uszach ciężki blues, paranoiczny, złowieszczy, śpiewany przez opętanego, słyszę głos schizofrenika, bluźniercy. On słyszy potępieńcze chóry na dnie umęczonej głowy, wali orkiestra, cała w potylicy, a on idzie jak ja przez mrok. Asfalt czarny, tylko ten brudny połysk miedzi i deszcz i jazz i opętanie. Gładzę ręką żywopłoty, pozwalam się kłuć. Zaglądam do śmietników – bo zawsze chciałem spróbować. W jednym przełożyłem butelkę, odsunąłem gazetę, żeby zajrzeć głębiej. Rozgniatam w palcach mały twardy liść z żywopłotu, czuję swędzący, morski eter – zielony sok – pachnie jak niejadalny. Głos krzyczy, że się chowa, że przeszukałem wszystko co czytał i jestem prawie pewien, że usłyszałem „Sappho through to Auden”.
Dziś rano nie spodziewałem się deszczu. Wyprowadzałem psa (zrobię wszystko, by się oderwać od pracy) i słyszę z okien urywany śmiech, drażniący i głupi, jak wystrzały z pistoletu. Nasłuchuję dalej – nic (i nic nie będzie dalej). Nie świeci, ale też nie pada. Przygnębiająca, tępa, zasysająca wszystko cisza. Jakby podsumowuje mój nastrój.
Podsłuchuję też rozmowy w pociągach, w autobusach, w metrze. Kiedy mówisz swojemu chłopakowi coś pieprznego na ucho – ja słyszę to i zachowuję dla siebie. Kiedy próbujesz być z nią szczery – słyszę, jak jesteś nieporadny. Mam setki takich historii i mogę je opowiedzieć.
Są takie utwory muzyczne, sztuki teatralne, książki – które stanowią dla mnie dowód, że nie zwariowałem. Łatwo używamy tych słów: szaleństwo, schizofrenia, debil, wariat. Gdy jednak zastanowić się, co znaczą – blady strach pada na nasze prężne myśli. Szaleni są ci, którzy słuchają. Ci, który zachowują pewne rzeczy dla siebie, i potem te rzeczy ich męczą. Szaleni zwracają uwagę na kolory, zapachy, na światło. Rozdrażnieni, smutni, niepewni. Ich mózgi pulsują, zużywają za dużo tlenu, krwi, alkoholu, ścinają się przy każdej myśli jak białko. Potem przestają działać. Są tępe i lepkie, nieskładne jak gąbka. Zauważyłeś u siebie pierwsze z objawów? Szykuj się na flupentiksol, perazynę, prozac. Niedługo na pamięć będziesz znał/a nazwy wszystkich dropsów.
Dziś rano nie spodziewałem się deszczu. Wyprowadzałem psa (zrobię wszystko, by się oderwać od pracy) i słyszę z okien urywany śmiech, drażniący i głupi, jak wystrzały z pistoletu. Nasłuchuję dalej – nic (i nic nie będzie dalej). Nie świeci, ale też nie pada. Przygnębiająca, tępa, zasysająca wszystko cisza. Jakby podsumowuje mój nastrój.
Podsłuchuję też rozmowy w pociągach, w autobusach, w metrze. Kiedy mówisz swojemu chłopakowi coś pieprznego na ucho – ja słyszę to i zachowuję dla siebie. Kiedy próbujesz być z nią szczery – słyszę, jak jesteś nieporadny. Mam setki takich historii i mogę je opowiedzieć.
Są takie utwory muzyczne, sztuki teatralne, książki – które stanowią dla mnie dowód, że nie zwariowałem. Łatwo używamy tych słów: szaleństwo, schizofrenia, debil, wariat. Gdy jednak zastanowić się, co znaczą – blady strach pada na nasze prężne myśli. Szaleni są ci, którzy słuchają. Ci, który zachowują pewne rzeczy dla siebie, i potem te rzeczy ich męczą. Szaleni zwracają uwagę na kolory, zapachy, na światło. Rozdrażnieni, smutni, niepewni. Ich mózgi pulsują, zużywają za dużo tlenu, krwi, alkoholu, ścinają się przy każdej myśli jak białko. Potem przestają działać. Są tępe i lepkie, nieskładne jak gąbka. Zauważyłeś u siebie pierwsze z objawów? Szykuj się na flupentiksol, perazynę, prozac. Niedługo na pamięć będziesz znał/a nazwy wszystkich dropsów.
czwartek, 26 lipca 2007
poszukuj światła na końcu
Zatrważająco łatwo przestajemy być ludźmi, obrastamy żywym materiałem, włosami, paznokciami, nieludzko twardym naskórkiem, florą bakteryjną, psoriasis, scabies, anoplura, siphonaptera, co tylko sobie wymarzysz.
Jeszcze wcześniej przestajemy mówić, zapominamy spoglądać na zegarek, chodzimy i śpimy w tym samym T-shirt-cie, zaczyna pojawiać się ten zapach, którego nie czujesz, ale czują inni. Zauważasz go przypadkiem, gdy zostawisz koszulkę na dawno nieużywanej pralce. Wracasz później i czujesz, że ona pachnie.
Powiedzmy sobie szczerze – każdy z nas nieraz położył się spać nie myjąc zębów (ta żałosna inwestycja w przyszłość, mieszczański strach o jutro, które może nie nadejść).
Nie myślisz o pastowaniu butów, nie wychodzisz już nawet po gazetę. Dziś bardziej niż kiedykolwiek. Nie warto czytać prasy.
Zarastasz, również w swojej głowie, w środku. Uśmiechasz się do swoich myśli – już niedaleko od prowadzenia z nimi zażartych sporów, przeklinania ich, nazywania kurwami. Czujesz jak tyjesz, nie śpisz, jesz za dużo. Albo lepiej, po kilkunastu dniach chudniesz, zbyt rzadko wychodzisz do sklepu. Nie odbierasz tak często telefonów, nie dzwonisz. Czas płynie niezauważalnie, niespiesznie, nie narzucając się.
Coraz częściej zastanawiam się jak wyglądałbym z brodą.
Wszedłem po raz kolejny tam gdzie nie powinienem. Stacja Warszawa Śródmieście, ta mniejsza, uboższa, z dala od Centralnego. To nie było wczoraj... Dawniej, gdy nie był taki piękny. Architektura zielona, z brudu, nie z zieleni. Płyty betonowe, z taniego marmuru, drewniano-żelaźniane ławki noclegowe, kłębisko gołębi żyjących pod sufitem, płodzących tam dzieci, rozmazujących pod stopami fekalia i krew, całe apteki ćpuńskich strzykawek. Nie bałbyś się tam odlać na peronie, pod ścianę. Policji i tak tam nie ma. Świetlówki ćmią jak na filmie o morderstwach, wypełnione podobno rtęcią i luminoforem (nie wierzę, dla mnie świecą dziś śliną i kamieniem).
Spaceruję sobie beztrosko, wieczornie upojony, zaglądam we wszystkie zakamarki. Pociąg mi uciekł, następny za prędko nie przyjedzie, stoję sam. Zaczynam szukać wrażeń.
Zajrzałem w dziurę pierwszy raz ostrożnie, rozejrzałem się nawet za SOK-istami, za dzielnymi Policjantami, zmartwionymi babciami. Uczyniłem krok pierwszy i drugi. Nie raz schodziłem po tych małych schodkach, na końcu peronu, by przejść na drugi peron. Są małe szanse, że ktoś zobaczy. Schodzę schodkami na tory. Wchodzę do wielkiej czarnej dziury, z której wyjeżdżają pociągi.
Ciemno, ale da się coś zobaczyć. Metaliczna żółć, opiłki, rdza. Wszystko żółte, dodatkowo od lat naświetlania żółtymi lampami pociągów. Powietrze zatęchłe, wcale nie zimne – gorące, gęste, z gruźliczym powiewem, jak w szpitalu.
Jest tu dużo szerzej. Tory i wszędzie małe, czarne kamienie. Między torami w przeciwnych kierunkach nie ma przegrody, nie ma tuneli – idą jednym, wielkim, szerokim korytarzem. Widzę tajemnicze czarne słupy. Te które widać czasem z okien pociągów, te, na których stoi Warszawa. Przemierzam ten teren, jaskinię z filmów grozy. Idę wzdłuż brunatno-czarnych stalaktytów, korzeni miasta. Tu się wszystko zaczyna, w gorącej śliskiej czerni, która rodzi pociągi, kanalizację – wszystko, co pod spodem.
Oddaję mocz pod ścianę, oglądam się za siebie. Nie uszedłem daleko – teraz wrota tunelu są małe, srebrzystobiałe, na tle wielkiej czerni. Patrzę pod ścianę, którą przed chwilą zmoczyłem, widzę coś dziwnego. Butelki, konserwy, jakieś ubrania, ktoś tu był i to niedawno. Tu, pod ścianą, czymś w rodzaju olbrzymiego kwadratowego słupa (po środku korytarza), jest mniej kamieni, widać trochę szarego piasku. Na piasku zauważam ślad. Nie stopy – raczej jakby ktoś ciągnął ciało. Obchodzę słup, ściana ma ze 4 metry, znowu stąpam po torach. Zaczynam się bać pociągu. Nasłuchuję trzasków. Serce bije mi szybciej, szumi odbijający się echem oddech.
Zatrzymuję się, znów nasłuchuję. Potykam się o belkę, wreszcie obchodzę słup dookoła. Tu śladów zamieszkania jest więcej – niedopita butelka wody, papier toaletowy, sterta żółtych gazet. Są też małe czarne schodki, z betonową karlą balustradką. Wspinają się około metr na ścianę słupa. Wchodzę kawałek, na ścianie małe metalowe drzwi, całe w rdzawym szlamie. Zbyt małe dla człowieka. Nadawałyby się dla dziecka, ale mają zwykłą klamkę. Naciskam, nie jest zardzewiała. I nagle słyszę oddech. Nie mój – zza klapy. Ciężkie sapnięcie, jakby spod ziemi, jakby z raka krtani. Uskakuję jak oparzony. Potykam się o własne stopy. Czuję jak pompują mi krew żyły, panicznie, do mojej pustej czaszki. Zbiegam ze schodów.
Kątem oka zauważam: gazety na podłodze są pokreślone niebieskim flamastrem, obok leżą dwie małe książki oprawione w czarną skórę.
Wybiegam na tory, mijam słup i biegnę prosto do srebrzystego światła. Jestem na torach, są rdzawo-czarne. Pulsuje głośno krew w uszach, w szyi. Czuję zimny, rybi zapach stali. Coś syczy, świszczy. Tory jaśnieją. Teraz słyszę wyraźnie. Złowieszczy, ogłuszający, metaliczny zgrzyt.
Jeszcze wcześniej przestajemy mówić, zapominamy spoglądać na zegarek, chodzimy i śpimy w tym samym T-shirt-cie, zaczyna pojawiać się ten zapach, którego nie czujesz, ale czują inni. Zauważasz go przypadkiem, gdy zostawisz koszulkę na dawno nieużywanej pralce. Wracasz później i czujesz, że ona pachnie.
Powiedzmy sobie szczerze – każdy z nas nieraz położył się spać nie myjąc zębów (ta żałosna inwestycja w przyszłość, mieszczański strach o jutro, które może nie nadejść).
Nie myślisz o pastowaniu butów, nie wychodzisz już nawet po gazetę. Dziś bardziej niż kiedykolwiek. Nie warto czytać prasy.
Zarastasz, również w swojej głowie, w środku. Uśmiechasz się do swoich myśli – już niedaleko od prowadzenia z nimi zażartych sporów, przeklinania ich, nazywania kurwami. Czujesz jak tyjesz, nie śpisz, jesz za dużo. Albo lepiej, po kilkunastu dniach chudniesz, zbyt rzadko wychodzisz do sklepu. Nie odbierasz tak często telefonów, nie dzwonisz. Czas płynie niezauważalnie, niespiesznie, nie narzucając się.
Coraz częściej zastanawiam się jak wyglądałbym z brodą.
Wszedłem po raz kolejny tam gdzie nie powinienem. Stacja Warszawa Śródmieście, ta mniejsza, uboższa, z dala od Centralnego. To nie było wczoraj... Dawniej, gdy nie był taki piękny. Architektura zielona, z brudu, nie z zieleni. Płyty betonowe, z taniego marmuru, drewniano-żelaźniane ławki noclegowe, kłębisko gołębi żyjących pod sufitem, płodzących tam dzieci, rozmazujących pod stopami fekalia i krew, całe apteki ćpuńskich strzykawek. Nie bałbyś się tam odlać na peronie, pod ścianę. Policji i tak tam nie ma. Świetlówki ćmią jak na filmie o morderstwach, wypełnione podobno rtęcią i luminoforem (nie wierzę, dla mnie świecą dziś śliną i kamieniem).
Spaceruję sobie beztrosko, wieczornie upojony, zaglądam we wszystkie zakamarki. Pociąg mi uciekł, następny za prędko nie przyjedzie, stoję sam. Zaczynam szukać wrażeń.
Zajrzałem w dziurę pierwszy raz ostrożnie, rozejrzałem się nawet za SOK-istami, za dzielnymi Policjantami, zmartwionymi babciami. Uczyniłem krok pierwszy i drugi. Nie raz schodziłem po tych małych schodkach, na końcu peronu, by przejść na drugi peron. Są małe szanse, że ktoś zobaczy. Schodzę schodkami na tory. Wchodzę do wielkiej czarnej dziury, z której wyjeżdżają pociągi.
Ciemno, ale da się coś zobaczyć. Metaliczna żółć, opiłki, rdza. Wszystko żółte, dodatkowo od lat naświetlania żółtymi lampami pociągów. Powietrze zatęchłe, wcale nie zimne – gorące, gęste, z gruźliczym powiewem, jak w szpitalu.
Jest tu dużo szerzej. Tory i wszędzie małe, czarne kamienie. Między torami w przeciwnych kierunkach nie ma przegrody, nie ma tuneli – idą jednym, wielkim, szerokim korytarzem. Widzę tajemnicze czarne słupy. Te które widać czasem z okien pociągów, te, na których stoi Warszawa. Przemierzam ten teren, jaskinię z filmów grozy. Idę wzdłuż brunatno-czarnych stalaktytów, korzeni miasta. Tu się wszystko zaczyna, w gorącej śliskiej czerni, która rodzi pociągi, kanalizację – wszystko, co pod spodem.
Oddaję mocz pod ścianę, oglądam się za siebie. Nie uszedłem daleko – teraz wrota tunelu są małe, srebrzystobiałe, na tle wielkiej czerni. Patrzę pod ścianę, którą przed chwilą zmoczyłem, widzę coś dziwnego. Butelki, konserwy, jakieś ubrania, ktoś tu był i to niedawno. Tu, pod ścianą, czymś w rodzaju olbrzymiego kwadratowego słupa (po środku korytarza), jest mniej kamieni, widać trochę szarego piasku. Na piasku zauważam ślad. Nie stopy – raczej jakby ktoś ciągnął ciało. Obchodzę słup, ściana ma ze 4 metry, znowu stąpam po torach. Zaczynam się bać pociągu. Nasłuchuję trzasków. Serce bije mi szybciej, szumi odbijający się echem oddech.
Zatrzymuję się, znów nasłuchuję. Potykam się o belkę, wreszcie obchodzę słup dookoła. Tu śladów zamieszkania jest więcej – niedopita butelka wody, papier toaletowy, sterta żółtych gazet. Są też małe czarne schodki, z betonową karlą balustradką. Wspinają się około metr na ścianę słupa. Wchodzę kawałek, na ścianie małe metalowe drzwi, całe w rdzawym szlamie. Zbyt małe dla człowieka. Nadawałyby się dla dziecka, ale mają zwykłą klamkę. Naciskam, nie jest zardzewiała. I nagle słyszę oddech. Nie mój – zza klapy. Ciężkie sapnięcie, jakby spod ziemi, jakby z raka krtani. Uskakuję jak oparzony. Potykam się o własne stopy. Czuję jak pompują mi krew żyły, panicznie, do mojej pustej czaszki. Zbiegam ze schodów.
Kątem oka zauważam: gazety na podłodze są pokreślone niebieskim flamastrem, obok leżą dwie małe książki oprawione w czarną skórę.
Wybiegam na tory, mijam słup i biegnę prosto do srebrzystego światła. Jestem na torach, są rdzawo-czarne. Pulsuje głośno krew w uszach, w szyi. Czuję zimny, rybi zapach stali. Coś syczy, świszczy. Tory jaśnieją. Teraz słyszę wyraźnie. Złowieszczy, ogłuszający, metaliczny zgrzyt.
środa, 11 lipca 2007
natchnienie z kota
Dziś wymyśliłem nowe fajne powiedzenie: „niezła zdziwka”.
Biały kot – widmo – nie wyszedł na zdjęciu. Może to duch tamtego (ale o tym zaraz). Samo ziarno.
Promowałem moją małą wstrętną działalność sabotując ulotki o kursach szybkiego czytania w SKM-ce w Gdańsku.
Uciekaj! Spal wszystkie książki! – pisałem. Uchroni Cię to od bolesnego doświadczenia z nimi obcowania. Zaoszczędzisz czas. Na tv, na sex, na radio.
Na niektórych dorzucałem cytat z Allena: „Przeczytałem Wojnę i Pokój w 30 minut. To było o Rosji”. Geniusz punchline'u.
Co tam pora deszczowa – niech szumi nam w głowie letnie wino! – mówi mi prezenter z radio. Pojechałem nad morze – było zimno i lało. Jemu przynajmniej płacą za ten entuzjazm, nad ranem, jak po lewatywie z kawy.
Teraz o kocie: kot był biały, trochę szary, poruszał się szybko, czmychał, pędził, zaskakująco zwinnie. Widziałem go w moim mieście pod miastem. Wracałem piechotą kawałek, jak z autobusu nocnego, choć (nie wiem czemu) było całkiem rano. Kot wbiegł prosto pod koło – czerwonego Punto, Civic-a, czy innego gówna – marki nie zapamiętałem. Widziałem jak wóz się zbliża, jak na filmach, sunie zaskakująco wolno, szumi, jęczy, wyje, po asfalcie - jak kosmiczny statek. Kot wyrywa jak strzała, ja już wiem co będzie. Koło uderza. Stłumiony hałas. Jak na wyboju – słyszę w głowie i widzę w głowie wybój. Samochód zwolnił. Kierowca myśli. Bez zatrzymania pojechał dalej.
Niesamowite. Stoję i patrzę na kota. Wszystko stało się może dwa metry ode mnie – właśnie miałem przechodzić przez ulicę, stałem już na krawężniku. Podchodzę do kota. Nie rozmazany, jeszcze żyje. Łapię go za futro na karku i szybkim ruchem przeciągam na chodnik po drugiej stronie. W ostatniej chwili – jechały następne wozy, zaraz z kota byłoby masło. Nie jestem wielbicielem zwierząt. Nie rozumiem miłośników kotów – są mniej do nas podobne, niż na przykład głupie, masturbujące się na myśl o czyjejś nodze psy. Tyle życiowych mądrości. Stoję nad kotem i patrzę jak umiera.
Nie mam samochodu. Weterynarz jest 3 kilometry dalej, ale o tej porze nikogo nie znajdę. Kot nie rozlał się po asfalcie, ale w środku cały pogruchotany – nie ma przebacz. Patrzę na sierść – białą może szarą – coś tam, w nim, jeszcze się rusza. Łapy rozrzucone nienaturalnie, pamiętam, że łapy były białe. Oczy – szparki, nie zaciśnięte, nie zmarszczone – półprzymnknięte; pod spodem coraz bardziej szare. Otwiera powoli pysk, jak maszynka, bez westchnięcia, bez gwałtu. Stoję tak jeszcze chwilę, nie wiem co zrobić. Od środka uwiera mnie sumienie – mogę tylko z nim pobyć, popatrzeć. Lepiej było go tam zostawić, oszczędziłbym mu 15-tu sekund oszołomienia, zagadki. Patrzę. Coś ulatuje. Ale jeszcze nie zwiało. Widzę (sam nie wiem jak) jak stygnie. To ciepło – dusza niższych ssaków – paruje, unosi się na mnie. Podnoszę się. Odchodzę w swoją stronę.
***
PS: Jeśli znalazłeś ulotkę – napisz!
Biały kot – widmo – nie wyszedł na zdjęciu. Może to duch tamtego (ale o tym zaraz). Samo ziarno.
Promowałem moją małą wstrętną działalność sabotując ulotki o kursach szybkiego czytania w SKM-ce w Gdańsku.
Uciekaj! Spal wszystkie książki! – pisałem. Uchroni Cię to od bolesnego doświadczenia z nimi obcowania. Zaoszczędzisz czas. Na tv, na sex, na radio.
Na niektórych dorzucałem cytat z Allena: „Przeczytałem Wojnę i Pokój w 30 minut. To było o Rosji”. Geniusz punchline'u.
Co tam pora deszczowa – niech szumi nam w głowie letnie wino! – mówi mi prezenter z radio. Pojechałem nad morze – było zimno i lało. Jemu przynajmniej płacą za ten entuzjazm, nad ranem, jak po lewatywie z kawy.
Teraz o kocie: kot był biały, trochę szary, poruszał się szybko, czmychał, pędził, zaskakująco zwinnie. Widziałem go w moim mieście pod miastem. Wracałem piechotą kawałek, jak z autobusu nocnego, choć (nie wiem czemu) było całkiem rano. Kot wbiegł prosto pod koło – czerwonego Punto, Civic-a, czy innego gówna – marki nie zapamiętałem. Widziałem jak wóz się zbliża, jak na filmach, sunie zaskakująco wolno, szumi, jęczy, wyje, po asfalcie - jak kosmiczny statek. Kot wyrywa jak strzała, ja już wiem co będzie. Koło uderza. Stłumiony hałas. Jak na wyboju – słyszę w głowie i widzę w głowie wybój. Samochód zwolnił. Kierowca myśli. Bez zatrzymania pojechał dalej.
Niesamowite. Stoję i patrzę na kota. Wszystko stało się może dwa metry ode mnie – właśnie miałem przechodzić przez ulicę, stałem już na krawężniku. Podchodzę do kota. Nie rozmazany, jeszcze żyje. Łapię go za futro na karku i szybkim ruchem przeciągam na chodnik po drugiej stronie. W ostatniej chwili – jechały następne wozy, zaraz z kota byłoby masło. Nie jestem wielbicielem zwierząt. Nie rozumiem miłośników kotów – są mniej do nas podobne, niż na przykład głupie, masturbujące się na myśl o czyjejś nodze psy. Tyle życiowych mądrości. Stoję nad kotem i patrzę jak umiera.
Nie mam samochodu. Weterynarz jest 3 kilometry dalej, ale o tej porze nikogo nie znajdę. Kot nie rozlał się po asfalcie, ale w środku cały pogruchotany – nie ma przebacz. Patrzę na sierść – białą może szarą – coś tam, w nim, jeszcze się rusza. Łapy rozrzucone nienaturalnie, pamiętam, że łapy były białe. Oczy – szparki, nie zaciśnięte, nie zmarszczone – półprzymnknięte; pod spodem coraz bardziej szare. Otwiera powoli pysk, jak maszynka, bez westchnięcia, bez gwałtu. Stoję tak jeszcze chwilę, nie wiem co zrobić. Od środka uwiera mnie sumienie – mogę tylko z nim pobyć, popatrzeć. Lepiej było go tam zostawić, oszczędziłbym mu 15-tu sekund oszołomienia, zagadki. Patrzę. Coś ulatuje. Ale jeszcze nie zwiało. Widzę (sam nie wiem jak) jak stygnie. To ciepło – dusza niższych ssaków – paruje, unosi się na mnie. Podnoszę się. Odchodzę w swoją stronę.
***
PS: Jeśli znalazłeś ulotkę – napisz!
piątek, 6 lipca 2007
piwo płaci za mnie
Tekst w autobusie: Małgocha! Pokaż loka!
Albo czemu w zapchanej kolejce ktoś zawsze, ale to zawsze wpadnie na pomysł żeby krzyknąć: „Bileciki do kontroli!”?
Po kostki w błocie. Brązowa glinka na butach i spodniach. Ziemia jest nierówna, niepewna pod stopami, przelewa się - trzyma ją tylko trawa.
Śmieję się, popłakałem się ze śmiechu z własnego pijackiego dowcipu, w pociągu, nad ranem. Wybiegałem wstydząc się, krztusząc się rechotem i łzami, narzuciwszy na głowę kaptur.
„Wejdziemy na wesele o 4tej i powiemy: jesteśmy prosto z Archanielska i mamy kartę repatrianta. Chcemy tu zamieszkać i czy możemy dostać kubek ciepłego smalcu ze skwarkami, bo mówili, że tu taki dostatek.”
Na koncertach chodzę sam, wyłączam się w nudnych momentach, patrzę w niebo na czerwone, białe, niebieskie światła, drepczę w błocie (but się zasysa, zostaje), słyszę tylko hałas i myślę zamiast o koncercie, o I-szej Wojnie Światowej, o jej potwornych okopach, szturmach, drutach kolczastych. Podobno nie wychodzili z jam nawet 2 tygodnie.
Albo czemu w zapchanej kolejce ktoś zawsze, ale to zawsze wpadnie na pomysł żeby krzyknąć: „Bileciki do kontroli!”?
Po kostki w błocie. Brązowa glinka na butach i spodniach. Ziemia jest nierówna, niepewna pod stopami, przelewa się - trzyma ją tylko trawa.
Śmieję się, popłakałem się ze śmiechu z własnego pijackiego dowcipu, w pociągu, nad ranem. Wybiegałem wstydząc się, krztusząc się rechotem i łzami, narzuciwszy na głowę kaptur.
„Wejdziemy na wesele o 4tej i powiemy: jesteśmy prosto z Archanielska i mamy kartę repatrianta. Chcemy tu zamieszkać i czy możemy dostać kubek ciepłego smalcu ze skwarkami, bo mówili, że tu taki dostatek.”
Na koncertach chodzę sam, wyłączam się w nudnych momentach, patrzę w niebo na czerwone, białe, niebieskie światła, drepczę w błocie (but się zasysa, zostaje), słyszę tylko hałas i myślę zamiast o koncercie, o I-szej Wojnie Światowej, o jej potwornych okopach, szturmach, drutach kolczastych. Podobno nie wychodzili z jam nawet 2 tygodnie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

